Wrażenia po pierwszej sesji

No i doszliśmy do tego trudnego momentu. Wczoraj zagraliśmy pierwszą sesję w PC2ed. Jeszcze z założeniem, że nie wszystko jest gotowe, jeszcze z lekkim przymrużeniem oka na pewne niedociągnięcia, ale jednak – sesję. Oczywiście opisuję moje wrażenia z perspektywy MG, Kaśka może podzielić się Wam spostrzeżeniami jako gracz.

No więc jak było? Po pierwsze, było. Jakoś nie miałem problemu z wymyśleniem tematu przygody, jakoś nie miałem problemu z przedstawieniem graczowi tegoż tematu, jakoś nie miałem wreszcie problemu z zaangażowaniem gracza. To samo w sobie oznacza sukces, gdyż jak zapewne wiecie, w przypadku pierwszej edycji najzwyczajniej w świecie nie potrafiłem tego zrobić. A teraz już po kolei.

Tworzenie postaci chyba zdało egzamin. Kaśka była w każdym razie bardzo zadowolona. Z jednej strony udało jej się stworzyć dokładnie taką postać, jak chciała, z drugiej zaś dzięki tworzeniu postaci dodatkowo udało jej się nieco ją uklimatycznić. Więc tutaj zapisuję sobie duży plus.

Sama sesja nie należała do najdłuższych (trwała jakieś 2,5h) i opowiedziałem tylko fragment przygotowanej historii, ale oboje uznaliśmy, że chyba lepiej położyć już się spać (była bodaj 3.15). Mechanika… cóż, jak to zwykle na moich sesjach bywa, Kaśce udało się testować współczynniki w sumie (poza walką), jakieś 3 razy. Więc, ok – mechanika się sprawdziła (czytaj, nie przeszkadza mi w prowadzeniu). Tutaj umiarkowany, nieduży plus.

Mechanika walki. Taaak… Walk było sporo (postać Kaśka trudni się walczeniem na arenach za pieniądze). Wrażenie ogólne, całkiem pozytywne. Generalnie, jak przystało na heroskę, postać Kaśki roznosiła przeciwników równo i gdyby nie jej litość (i efekciarstwo) przeciwnicy padaliby już po jednym ciosie. Super, tak właśnie miało być. Gorzej z przeciwnikami. Tutaj wyszło coś, co powinienem był wyłapać na samym początku tworzenia mechaniki, ale jakimś cudem mi to umknęło (głupota nie boli). Jeżeli przeciętny mieszkaniec Tir Na Danu ma współczynniki w przedziale 1-3 i testuje je dorzucając do nich k6, to nie ma się co dziwić, że ten rzut jest nieporównywalnie ważniejszy, niż jego współczynnik. A to z kolei sprawia, że to żadna różnica, czy napotkany banita będzie miał Atak 1 czy Atak 3, więc w sumie po cholerę komu w ogóle współczynniki… Mechanika walki wymaga więc poprawek i na razie zapisuję sobie minus.

A sam klimat sesji? To już chyba nie jest stare dobre Poza Czasem. I… chyba dobrze. To zupełnie inne Poza Czasem, bo w końcu to inna edycja, która nie ma za zadanie tylko i wyłącznie kopiować poprzedniczki, ale też wprowadzić coś zupełnie nowego. Osią sesji były relacje i brak zrozumienia między ludźmi a istotami z Podziemnego Świata. Poszło o córkę jednego z władców podziemi, który w dobrej wierze posłał ją do ludzi, by oddała im miecz pewnego herosa, przed wiekami pokonanego przez jego poddanych. Ot, w podziemiach uznano, że czas ogłosić z ludźmi pokój. Fakt, że mało kto pamięta w tych okolicach wydarzenia sprzed wieków jakoś “podziemniakom” umknął.

Ludzie z kolei podeszli to sprawy z carakterystyczną dla swego rodzaju zaradnością – obezwładnili paskudną (choć całkiem apetyczną) potworę i zamknęli w komórce, miecz uznając zaś za jakiś stary rzęch (fakt, był nieco przerdzewiały), który do niczego się już nie nadaje. Gdy jakiś czas później przez wioskę przejeżdżał z coroczną gospodarską wizytą książę okolicznych ziem, apetyczna (choć nieco paskudna) potwora została mu przekazana jako egzotyczny dar i dołączyła do jego kolekcji apetycznych (i cechujących się z pewnością wieloma innym atrybutami) niewolnic. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że dzień (a właściwie noc) po przyjeździe do wioski gracza mieszkańcy świata podziemi w ramach niewielkiej akcji odwetowej porywają wszystkich mieszkańców wioski, z końmi, psami i krowami włącznie (fakt, że w przeciętniej lochińskiej wiosce trudno na pierwszy rzut oka stwierdzić, że to ludzie są rasą nadrzędną), pozostawiając naszą bohaterkę (nota bene Morrankę) samej sobie. Ta, korzystając z pomocy fergańskiego przyjaciela, z którym zresztą miała zmierzyć się w finałowej walce turnieju, rozpoczyna ich poszukiwania, by ostatecznie spotkać się ze strażnikami Podziemnego Świata, którzy tłumaczą jej, że ludzi owszem oddadzą, ale dopiero, jak do podziemi wróci córka ich władcy. Ostatecznie dzielnej Morrance udaje się dowiedzieć, jaki los spotkał ową istotę i wspólnie z Ferganem rusza do pobliskiego grodu, złożyć księciu wizytę.

W tym miejscu skończyliśmy z powodów, które podałem powyżej. I co? W sumie nic wielkiego, nie? Od krótka, nieco może nawet sztampowa sesja. Ale była! Wszystko jakoś ze sobą grało, nie czułem, że cokolwiek muszę wymyślać na siłę. Poza tym, miała swój klimat. Opustoszała wioska wczesnym rankiem, gdy Morranka budzi się, jej łóżko jest puste (gdzieś zapodział się Lochin, który jeszcze do niedawna ją ogrzewał). Podchodzi więc naga do okna i widzi tylko chaty i wóz z powywracanymi towarami. Żadnych ludzi, żadnych zwierząt, wszędzie wokół zupełna cisza i tylko lekka mgła, której nie rozproszyli mieszkańcy wioski, która leniwie płynie między chatami, tuż przy ziemi. No miodzio normalnie :-)

To chyba tyle. Teraz siadam do poprawiania mechaniki walki i opisywania Aidanów i Ferganów. Jeśli Kaśka opisze dziś Ragharów to będzie już komplet plemion :-)

Trzymajcie cię,

Marcin

Wpis opublikowano: on Wednesday, October 31st, 2007 at 11:53 am and is filed under Inne. Możesz śledzić odpowiedzi na ten post korzystając z RSS 2.0. Możesz zostawić odpowiedź, albo trackback z twojej strony.

Leave a Reply


4 − = 1